Oczekiwania

Zasobnik

Obiecałam napisać wpis o wyjeździe nad morze, tak by uporządkować myśli i opowieści z wtorkowego live’a z toruńskiego oddziału Fundacji.
Ten tydzień jest mocno o rodzicielstwie w czasach zarazy i maratonu. Tak mi się nasunął cytat z obrazka:
„Z biegiem lat oboje dochodzili, różnymi zresztą drogami, do mądrej konkluzji, że nie da się żyć razem inaczej, ani kochać inaczej: na tym świecie nie ma nic trudniejszego od miłości.

Gabriel García Márquez – Miłość w czasach zarazy”

No cóż, wyjazd nad morze z czasów zarazy, ale to co wszyscy w czasie niego przeżyliśmy, nie jest nowością z czasów zarazy, to codzienność. Codzienność, w której każdego dnia uczymy się, że naprawdę nie da się żyć razem inaczej.

Kiedy bowiem podejmowałam tak zwaną decyzję o świadomym rodzicielstwie w dość dojrzałym wieku, nie miałam pojęcia, że ze świadomością tego co mnie czeka ma to niewiele wspólnego. Jestem jednak człowiekiem, który lubi dobrze się przygotować do wykonywanych przez siebie funkcji. Jako, że również edukacyjnie udało mi się zapoznać z fachowym przygotowaniem pedagogicznym i psychologią rozwojową, to w czasie pierwszego oczekiwania na dziecko uzupełniłam swoją wiedzę o literaturę (sarkazm) fachową z zakresu – jak być rodzicem idealnym w dwudziestym pierwszym wieku – jak być idealną mamą a jednocześnie spełnioną zawodowo kobietą sukcesu. Z wieloma oczekiwaniami i doskonałą wizją przyszłego rodzicielstwa byłam gotowa na przyjście potomka na świat.

Zdaje się, że potomek na świat przyszedł z kompletnie inną wizją dzieciństwa i postanowił dość sporo płakać, na co nie byłam przygotowana. Założenie było takie, że jeśli dziecko jest zaopiekowane i ma przy sobie rodzica, to powinno pałać szczęściem i obdzielać uśmiechami wszystkich dookoła. A potomek lubił leżeć sam w łóżeczku, ciasno owinięty kocykiem i gapić się w kręcącą karuzelkę bardziej niż w uśmiechnięte oblicze matki.

W miarę, gdy pokonywaliśmy kolejne etapy rozwoju, okazywało się, że różnice pomiędzy moją wizją szczęśliwej rodziny, wypracowaną z podręczników i inspirowaną serialami w stylu Siódme niebo a wizją potomstwa są dość istotne.

Nasze wspólne przebywanie razem często sprowadza się do tego, że każde z nas robi coś innego w tym samym miejscu i w tym samym czasie, od czasu do czasu dzieląc się uwagą z innymi członkami rodziny.

Proponowane przeze mnie twórcze, inspirujące rozwojowo działania spotykają się z niechęcią, a radość budzi powtarzalna aktywność, w czasie której moje ciało nie chce uczestniczyć tylko leżeć i spać.

Okazuje się, że mój człowiek rodzicielski nie jest przystosowany do ilości bodźców, które generują małoletni obywatele i często czuję się rozdrażniona nadmiarem dźwięków, przedmiotów, czynności do wykonania.

Okazuje się też, że pomimo całej wiedzy jaką posiadam o rozwoju człowieka, przekonania wchłonięte mimochodem z popularnych mediów są silniejsze od wiedzy i czasem całkiem ją przysłaniają. Wtedy kompletnie nie jestem gotowa na komunikaty „Jesteś głupia”, „Nienawidzę cię” , „Niszczysz moje życie”, „Zmuszasz mnie”, „Wykorzystujesz mnie”.

Ten zgrzyt, który pojawia się pomiędzy mimowolną wizją rodziny i dzieciństwa zakodowaną w głowie a wiedzą o rozwoju a szczególnie rozwoju emocji powoduje, że wielokrotnie czuję się wyczerpana wyjaśnianiem dzieciom ich stanów emocjonalnych. Chciałabym, żeby to było prostsze, ale nie jest. Jest jakie jest. Nie mam na to wpływu. Jedyne, na co mam wpływ to na swoje własne myśli i oczekiwania, które kreuję względem funkcjonowania mojej własnej rodziny, siebie, dzieci, męża. A nawet kota.

I wtedy dzieją się cuda.

Pamiętam te cuda od samego początku, gdy je odkryłam. Kiedy zabierałam dziecko na długi spacer i wiedziałam, że skończy się w momencie, gdy „skończy się dziecko”. Wiedziałam, że każda zabawa z ulubionym przyjacielem zakończy się tym, że oboje się tak zmęczą, że będą ryczeć. I ten płacz stawał się wyznacznikiem – acha, czas na powrót do domu.

Tak było też w czasie ostatniego wyjazdu, o którym opowiadałam. Urealniłam moje oczekiwania. Przyjęłam, że dzieciaki w czasie wyjazdów mają nadmiar emocji, z którymi sobie same nie poradzą i będą te emocje katalizować prowokowaniem smutku lub złości, bo to najbardziej dostępne dla nich narzędzie.

Moje oczekiwania nie rozminęły się z rzeczywistością. Byłam przygotowana na reakcję. Dzięki temu nadmiar emocji nie zepsuł nam wyjazdu i wróciliśmy relacyjnie wygrani, choć zmęczeni i zmarnowani przeżywaniem.

Najtrudniejsza praca nad sobą, którą wykonuję polega właśnie nad monitorowaniem moich oczekiwań w stosunku do mojej rodziny. Najwięcej energii poświęcam na sprawdzenie czy oczekiwania są moje, czy też podpowiada mi je jakaś presja społeczna czy lęk przed oceną. To dość trudne dla mnie, ale opłacalne. Kiedy oczekuję tego, co naprawdę jest moje, nasze życie fajnie się układa. Dzieciaki nagle stają się bardziej otwarte na samodzielność, na nowości, na wyzwania, na smaki i działania. Warto przyglądać się temu czy to, czego oczekuję na pewno jest moim oczekiwaniem.

Aleksandra Oszczęda, pedagog specjalny
Joanna Jakś, specjalista d.s. wsparcia rozwoju osób ze spektrum autyzmu
Autorki są mamami dzieci w spektrum autyzmu