Do czego mi diagnoza?

Zasobnik

Do diagnozy dochodzimy w różny sposób i różne powody stają się impulsem do jej rozpoczęcia. Najczęściej, niestety wciąż operujemy wokół „nietakowości” dziecka – ciągle z nim jest coś „nie tak”. Coś z tym dzieckiem należy zrobić – w związku z tym rozpoczynamy proces diagnostyczny. Wyszukujemy deficyty, zaburzenia, odbiegi od normy. Opisujemy to i zaczynamy naprawiać dziecko stosując wiele szczegółowo opisanych metod.
Do tego wpisu przyczyniła się wczorajsza rozmowa telefoniczna z pewną utrudzoną kontaktami ze szkołą mamą, która jakiś czas temu rozpoczęła właśnie proces diagnostyczny. Pandemia koronawirusa zatrzymała jednak całą procedurę i owa mama zdobywa wiedzę samodzielnie podczytując różną literaturę.
Rozmawiałyśmy sobie luźno przez telefon i wypowiedziała owo znamienne zdanie:
„Tego właśnie potrzebuję – wiedzieć kim jest mój syn.”
I dalej mówiła wspaniałe rzeczy o poznawaniu go, we wspólnym byciu podczas izolacji. O poznawaniu go na nowo, przez pryzmat posiadanej wiedzy – o skutkach bycia mamą Szerlokiem.
O tym, że budowanie relacji z własnym dzieckiem jest możliwe, gdy wiemy co skrywa się za jego zachowaniami. Co chce nam to dziecko przekazać o sobie. Gdy przełamiemy się i wejdziemy w świat robloxa czy minecrafta i odkryjemy talent naszego potomka do handlu, tworzenia, radzenia sobie z kryzysami. Gdy po raz kolejny wysłuchamy tej samej piosenki, gdy pozwolimy dziecku nauczyć nas skomplikowanego układu choreograficznego i dowiemy się, że jest to sposób na to, by ciało poczuło się lepiej. Gdy zdzieramy sobie gardło czytając na głos kolejny tom Harry’ego Pottera, bo leżenie w łóżku z mamą to nie to samo co słuchanie audiobooka, bo pomiędzy linijkami tekstu kryje się wiele sytuacji społecznych, które mogą wreszcie wyjść na światło dzienne. Gdy tato wskoczy na trampolinę i rozpocznie budowanie relacji grając w piłkę przez siatkę trampoliny, dowiadując się przy kolejnym odbiciu, że dziecko naprawdę nie płacze bo przegrało, tylko dlatego, że marzy o tym, by choć na chwilę opuścić dom i udać się na przejażdżkę autem dookoła miasta.

Naprawdę warto przyjrzeć się diagnozie własnego dziecka przez pryzmat tego, co realnie daje nam do życia. W jaki sposób możemy z niej skorzystać by razem żyło nam się lepiej i łatwiej.

Może warto zamienić treść kryterium diagnostycznego, weźmy przykładowo to: „niedostateczny (adekwatnie do wieku umysłowego i pomimo licznych okazji) rozwój związków rówieśniczych, obejmujących wzajemne współdzielenie zainteresowań, aktywności i emocji”
na myślenie:
„Moje dziecko lubi kontakty z wybranymi osobami. Szczególnie z tymi, z którymi łączą je wspólne zainteresowania i pasje.”
Zamienione zdanie staje się dla nas wskazówką, którędy wspierać rozwój własnego dziecka – skoro moje dziecko lubi kontakty oparte na pasji – podsunę myśl, by umówił się z Wojtkiem na wspólne oglądanie zrobionych przez siebie figurek origami. A innego dnia z Kasią, bo razem lubią grać. Wiemy, że zrobienie wspólnego spotkania w realu czy wirtualu całej trójki może stać się niewypałem, bo nie łączy ich wspólne zainteresowanie – Kasia nie lubi origami a Wojtek gry. Za to nasze dziecko może rozwijać różne pasje równolegle utrzymując jednocześnie satysfakcjonujące kontakty społeczne.

Może w tym czasie, gdy uczymy się żyć w nowej rzeczywistości, stworzymy sobie okazję, by na nowo uczyć się czym jest dla mnie diagnoza mojego dziecka?

Utrapieniem? Wstydem? Obciążeniem? Drogowskazem? Mapą? Wsparciem?

Aleksandra Oszczęda, pedagog specjalny
Joanna Jakś, specjalista d.s. wsparcia rozwoju osób ze spektrum autyzmu
Autorki są mamami dzieci w spektrum autyzmu