Czy słyszysz swoje myśli?

Zasobnik

Czy słyszysz swoje myśli?

W tym tygodniu krążymy wokół diagnozy. Po co ją robić, czy przekazywać. Środy to taki dzień, w którym poświęcamy więcej uwagi samoświadomości rodzica. Czyli poznawaniu samego siebie w kontekście rodzicielstwa.
W naszym domu bywa teraz taki hałas, że fizycznie czasami trudno usłyszeć własne myśli. Gdy tylko uda się z nimi w spokoju nieco skonfrontować rezultaty bywają różne.

Najmilsze myśli pojawiają się, gdy zwinięty w kulkę potomek słodko śpi w świetle nocnej lampki. Wtedy przychodzi czułość, miłość i wzruszenie.

Jednak, kiedy po raz pięćdziesiąty pierwszy w ciągu minionej godziny dobiega uszu „Mamoooo” rozpoczynające kolejne zdanie monologu, gdy potykam się o kolejną rozrzuconą rzecz, doświadczam ataku frustracji przy próbie odrobienia zdalnych lekcji, odbieram prezentację żalu z powodu uwięzienia w izolacji, to trudno znaleźć słuchawki wyciszające, które odetną dopływ myśli docierający do świadomości rodzica.

I wtedy dość łatwo jest pójść ścieżką na skróty. „Gdyby nie ta diagnoza, to nie byłoby tego problemu”. „Inne dzieci tak nie mają, tylko moje”. „Kiedyś nie było takich problemów, wszystko przez tą elektronikę”.

W ten sposób, zaczynamy tracić z oczu człowieka i kierujemy uwagę na poszukiwania szybkich rozwiązań, które zadziałają jak zatyczki do uszu. Odcinamy się od własnych emocji, upatrujemy przyczyny naszego dyskomfortu w czymś zewnętrznym. Pod ręką mamy diagnozę. To diagnoza jest winna. To autyzm, Asperger, ADHD są przyczyną mojego złego samopoczucia. Gdyby tego nie było, moje dziecko nie doprowadzałoby mnie do wściekłości, rozpaczy, smutku, rozżalenia czy złości.

Zdaje się jednak, że od zawsze było tak, że dzieci denerwowały swoich rodziców, poprzez poczynania swojej niefrasobliwości. Pierwsze skojarzenia nasuwają mi cytaty „na tapczanie siedzi leń, nic nie robi cały dzień” czy „w czasie deszczu dzieci się nudzą” i wszystko co wyczyniają z nud.

Dzieci od zawsze były dziećmi. Tak i nawet ostatnia lektura „Asiuni” wskazuje, że nawet w czasie wojny dzieci kaprysiły i grymasiły. Nie jest to znak naszych czasów.

Za to zdobyczą rozwoju nauki jest to, że mamy diagnozę – dzięki czemu dostajemy mapę – wskazówkę w jaki sposób rozumieć i odczytywać zachowania naszych dzieci.
Dzięki temu możemy zmienić nasze myśli i realnie mieć wpływ na nasze emocje i odczucia. To nie jest droga na skróty. To mozolny szlak, który samodzielnie musimy przetrzeć, poprzez skonfrontowanie się z własnym postrzeganiem osób, którymi się opiekujemy. Po drodze mamy do wyeliminowania przeszkody w postaci własnych przekonań, sądów, myśli co powinniśmy a czego nie powinniśmy odczuwać.
Kiedy już realnie zobaczymy, że owszem pewne zachowania naszych podopiecznych źle na nas wpływają i uruchamiają stada galopujących myśli, możemy zatrzymać się i przyjrzeć temu co przepływa przez naszą głowę podnosząc nam we krwi poziom adrenaliny i powodując, że odsuwamy się od tych, których na których de facto najbardziej nam zależy.

To nie diagnoza spektrum autymu mojego dziecka powoduje, że wściekam się przy kolejnym mamo. To nie diagnoza ADHD i zaburzeń centralnej koherencji potomka powoduje, że dostaję szału na widok rozrzuconych pod nogami zabawek.

To moje myśli.
Wystarczy je zidentyfikować.

Moja głowa lubi ciszę. Ciągłe słowa sprawiają, że nie mogę dokończyć rozpoczętej czynności. Niemożność dokończenia wywołuje lęk przed upływem czasu. Tak boję się, że się nie wyrobię.
Dlaczego moje dziecko tyle mówi? Może czuje się niepewnie i potrzebuje potwierdzenia, że nadal jestem blisko. Może ma trudność z wykonaniem zadania, które stoi przed nim? Jak znaleźć rozwiązanie?

Moje oczy męczy za dużo przedmiotów. Zaczynam się w tym gubić. A gdy odczuwam zagubienie, reaguję złością. Mam przekonanie, że w domu powinno być posprzątane i moja podświadomość podsyła mi nieustającą ocenę – jesteś beznadziejną panią domu, fatalną matką, bo nie ogarniasz.
Może zatem dam sobie prawo, do tego, że w domu, z którego nie wychodzimy od tygodni może być nieporządek? Może ustalę strefę – wokół kanapy i stołu ma być uporządkowane, bo to moja strefa wytchnienia?

I może właśnie wtedy zacznie być atrakcyjnym poszukiwanie nieodkrytych szlaków rozwiązywania własnych stanów emocjonalnych? Z zastrzeżeniem, że czasem, gdy dopadnie nas zmęczenie, pójdziemy drogą na skróty, bez katowania się poczuciem winy. Po to właśnie, by znowu nabrać siły do poprawiania jakości swojego życia, czego dokonać możemy jedynie sami dla siebie. Zmieniając to co obciąża nasze myślenie.

Aleksandra Oszczęda, pedagog specjalny
Joanna Jakś, specjalista d.s. wsparcia rozwoju osób ze spektrum autyzmu
Autorki są mamami dzieci w spektrum autyzmu