W przedszkolu było tak spokojnie. Iga zawsze była tą „grzeczną dziewczynką”, chwaloną przez nauczycielki, cichą, bezproblemową. Była trochę z boku, zwykle, gdy ją odbierałam siedziała w kącie zajętą puzzlami albo coś rysowała. Myślałam wtedy: „ma swój świat, wyrośnie z tego”, ale podstawówka uderzyła w nas jak ściana.
Codziennie jest to samo. Siedzimy nad książkami od dwóch godzin, a ona dopiero kończy pierwszą klasę. Nie chcę nawet myśleć, co będzie dalej, jeżeli już na tym etapie jest, jak jest. Na jutro ma przygotować się do przeczytania banalnie prostego tekstu i napisać dosłownie dwa zdania w zeszycie. Naprawdę, nie uważam, żeby w szkole wymagali od nich za dużo. Kiedy ja byłam dzieckiem, codziennie odrabiało się lekcje a oni mają tylko coś tam przygotować i tyle.
– Iga, proszę cię, przeczytaj to w końcu – Wiem, że potrafi. Wczoraj jej szło lepiej, ale dziś tylko milczy z tą swoją nową miną: zaciśnięte usta, wzrok wbity w biurko.
– Iga, proszę cię, postaraj się bardziej. Przecież wiesz, co tam jest napisane! – mówię, a mój głos staje się coraz ostrzejszy.
Nauczyciele mówią o niej, że jest mało wytrwała, niezaangażowana, że powinna się bardziej postarać. Dzieci za to są bezlitosne. Słyszałam, jak na korytarzu śmiały się, że Iga jest tumanem. Serce mi pękło, ale zamiast ją przytulić, powiedziałam jej w domu: „Widzisz? Gdybyś pilniej pracowała, nie mieliby się z czego śmiać”. Chcę ją tylko zmotywować. Chcę, żeby przestała być ofiarą. Przecież widzę to doskonale, że jak się postara, to potrafi.
Po pierwszym semestrze wysłali nas do Poradni. Nawet się ucieszyłam, bo naprawdę potrzebuję pomocy. Zdiagnozowali u Igi autyzm i powiedzieli, że jej sprawność intelektualna jest niższa, niż przeciętna. Dopytałam, czy to znaczy, że córka jest niepełnosprawna intelektualnie, ale powiedzieli, że nie. Że to taka „niska norma”. No dobrze, pomyślałam. Skoro nie ma niepełnosprawności, to znaczy, że wszystko jest kwestią pracy i włożonego wysiłku. Dzięki diagnozie Iga dostała orzeczenie, chodzi teraz na różne terapie i rewalidacje, ale mam wrażenie, że ciągle to wszystko za mało. No i Iga się za mało stara.
Ostatnio doszła jeszcze ta mina i to zapiekłe milczenie. W szkole też się nie odzywa. Nauczyciele piszą uwagi, chcą, żebym jej przemówiła do rozumu. Próbuję, staram się. Mówię – Iguś, jak nie będziesz odpowiadać na pytania nauczycieli, to oni będą tylko coraz bardziej niemili dla ciebie, bo ty też jesteś dla nich niemiła. Prosiłam panią psycholog, żeby z nią porozmawiała. Mówi, że ciągle pracują nad Igi otwartością i ćwiczą te umiejętności społeczne. Ponoć na zajęciach u pani psycholog Iga robi wszystkie scenki i zadania. Nie mogę zrozumieć, dlaczego gdy tylko dochodzi do normalnej nauki, to od razu pojawia się ta straszna poza. Wygląda jak zbuntowana nastolatka, ale przecież ona ma dopiero siedem lat.
Pedagog szkolna zasugerowała, żeby podejść do Igi od innej strony. Powiedziała, że może to nie jest kwestia tego, że Idze się nie chce ciężko pracować, tylko coś ją blokuje. Zrobiliśmy diagnozę potrzeb, czyli taki rodzaj oceny funkcjonalnej, która pozwala zobaczyć czego dziecku brakuje, żeby mogło się dobrze rozwijać. Muszę powiedzieć, że to był dla mnie szok. Przez cały rok szkolny żyłam w przekonaniu, że skoro Iga nie jest niepełnosprawna intelektualnie, to jej trudności są wynikiem niedostatecznego zaangażowania. Diagnoza pokazała jednak coś zupełnie innego: Iga nie miała deficytów intelektualnych do wypracowania, tylko miała drastycznie niezaspokojone potrzeby intelektualne i początek zaburzeń lękowych. Dostałyśmy skierowanie do psychiatry i odkąd córka bierze leki przeciwlękowe, jest nieco lepiej. Ale najważniejsze okazało się coś innego.
Po pierwsze specjaliści wyjaśnili mi wreszcie dokładnie jakie są właściwości intelektualne Igi. To prawda, że nie była niepełnosprawna intelektualnie. Prawdą też było to, że chociaż ma dużą łatwość przetwarzania wzrokowo – przestrzennego dzięki czemu świetnie rysuje i układa puzzle, to jednocześnie jej pamięć robocza, zdolność do rozwiązywania problemów abstrakcyjnych i rozumienia pojęć sprawiają, że nauka w typowej, szkolnej formie jest dla niej znacznie, znacznie trudniejsza niż dla większości dzieci. To nie była kwestia niewystarczającego zaangażowania tylko faktycznych cech rozwoju Igi. Nie rozumiem dlaczego nikt mi nie mógł tego wcześniej porządnie wytłumaczyć! Pani terapeutka powiedziała, że pewnie nie chcieli mnie straszyć, ale co jest strasznego w tym, że się zaczyna rozumieć własne dziecko?
Dzięki diagnozie potrzeb udało mi się zrozumieć, czego Iga potrzebuje, żeby się móc uczyć, ale co najważniejsze – dowiedziałam się, że moje dziecko bardzo chce się uczyć i zdobywać wiedzę i cierpi, bo nie jest w stanie tego robić tak, jak tego oczekują nauczyciele. W wypadku mojej córki konieczna była zmiana szkoły. To nie było dla mnie proste logistycznie, ale wiedziałam, że w dotychczasowej nie uda się zapewnić Idze tego, czego potrzebowała i potwierdziła to nawet pani pedagog szkolna, która skierowała nas na diagnozę potrzeb.
Teraz, od roku Iga uczy się w miejscu, gdzie zastosowano zalecenia wynikające z diagnozy. Początkowo trzeba było niektóre rzeczy całkiem odpuścić, żeby córka mogła wrócić do zdrowia i przestać się bać. Rzeczy, które nie były przytłaczająco trudne robiła korzystając ze wsparcia i różnych „kół ratunkowych”. Cele edukacyjne zostały tak ustalone, żeby Iga mogła mieć satysfakcję z uczenia się i rozwoju a nie tylko doświadczać ciągłego zmęczenia. Pod koniec drugiej klasy Iga czyta nieco lepiej, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że poznała bardzo dużo literatury dziecięcej, ma swoich ulubionych pisarzy i poetów. Zrobiła ilustracje do kilkunastu książek. I chociaż nadal nie umie dobrze czytać, to dzięki technologii poznaje teksty, które są teoretycznie dla starszych dzieci. Ostatnio zakochała się w „Małym księciu”. Wszędzie mam teraz w domu lisy a Iga mówi, że ona też jest takim liskiem i cieszy się, że w końcu jest w miejscu w którym ktoś ją „oswoił”. I z powagą dodaje: „i moja pani wie, że oswoić to znaczy być odpowiedzialnym za coś, co się oswoiło, mamo!”
